|
środa, 17 marca 2010
Przyznajcie się, zboczeńcy
Pornosy w sieci ogląda 96 proc. polskich internautów i 78 proc. polskich internautek - o czym dowiedziawszy się wczoraj straciłem do Was, Drodzy Czytelnicy, resztki szacunku. W zasadzie bardzo dobrze, że od roku nie piszę tego bloga, bo na to po prostu nie zasługujecie. Okazuje się, że jesteście bandą zboków i podglądaczek.
piątek, 20 marca 2009
Pomysł na powieść: ODLOT
Bohater powieści podejrzewa, ze Pałac Kultury i Nauki w Warszawie nie jest zwykłym podarkiem od ZSRR, ale ogromnym statkiem kosmicznym, który ma wystartować już niebawem. Przez całą powieść bohater szuka potwierdzenia tej teorii i daremnie stara się do niej przekonać otoczenie - znajomych i przyjaciół, podejrzewających go o chorobę psychiczną. Tytuł powieści ODLOT jest dwuznaczny, bo czytelnik do samego końca nie dowie się, czy chodzi tutaj o odlot Pałacu, czy też głównego bohatera. Tym samym powieści nie grozi, że zostanie zepchnięta do niszy SF. Roboczo przyjmujemy, że bohater jest dziennikarzem. Początkujący prozaik musi niestety oprzeć się na swoich doświadczeniach, żeby nadrobić niedostatki warsztatu. Powieść zaczyna się 27 czerwca roku 1978 po południu, kiedy bohater jest w pierwszej klasie podstawówki. Wkrótce zacznie się transmisja startu w kosmos pierwszego i jak dotąd jedynego polskiego kosmonauty, Mirosława Hermaszewskiego. Młodociany bohater bawi się z kolegami w parku, ale gdzieś w tyle głowy wciąż kołace mu myśl o transmisji, którą obiecywał sobie od miesięcy obejrzeć. Podobnie jak cała Polska śledził rywalizację między mjr. Hermaszewskim a płk. Zenonem Jankowskim o to, który z nich poleci w kosmos. Większość podejrzewała, ze Ruscy wybiorą Jankowskiego, bo był nikczemnego wzrostu podobnie jak radziecki dowódca wyprawy Piotr Klimuk. Wybierając dryblasowatego Hermaszewskiego narażonoby Klimuka na śmieszność - argumentowali fani Jankowskiego. Nikt jednak nie wziął pod uwagę, że w stanie nieważkości, kiedy kosmonauci swobodnie unoszą się w statku kosmicznym, różnice wzrostu się zacierają.
Młodociany bohater czeka więc z całą Polską, a dodatkowo chce mu się siku. Postanawia jednak nie wracać do domu tylko z tego powodu i załatwić obie sprawy hurtowo. Niestety zagapia się, zapomina na śmierć, i biegnie przez cały park, żeby zdążyć na odlot i do łazienki. Niestety nie zdąża. Staje jak idiota na środku parku i sika w spodnie, jedyny raz w życiu, co początkowo przynosi mu przyjemne wrażenie ciepła, ale potem - chłód i strach przed haniebnym zdemaskowaniem przed kolegów. Dlatego zaszywa się gdzieś w parku, czekając na zapadnięcie zmroku i nie ogląda startu Sojuz 30, na który czekał tyle miesięcy. W tym momencie bohater budzi się - to traumatyczne zdarzenie z jego dzieciństwa śni mu się niemal co noc. Wygląda przez okno: Pałac Kultury stoi jak zawsze na swoim miejscu, ciemny i majestatyczny. Trauma z parku ma wielki wpływ na całe życie bohatera, w szczególności na życie seksualne. W każdym przypadku, kiedy zbliża się do orgazmu, w głowie jego pojawia się wizja startującego Sojuza 30, którego wtedy nie obejrzał, czasami nawet zaczyna bezwiednie odliczać na głos: szest, piat, czetyrje, tri, dwa, adin..., wprawiając w zakłopotanie swoje kolejne partnerki. Z tego powodu jego relacje z kobietami są najczęściej krótkie i katastrofalne. W zasadzie nie wiem, czy taka scena łóżkowa z odliczaniem nie powinna być pierwszą sceną powieści, zamiast sceny z parku. Bohater odlicza, a potem zrywa się z łóżka i gwałtownie wygląda przez okno: Pałac Kultury stoi jak zawsze na swoim miejscu, ciemny i majestatyczny. Dziewczyna wychodzi trzaskając drzwiami i nigdy już nie wraca. Wiem za to, jak będzie wyglądać ostatnia scena powieści. Bohater wreszcie spotyka dziewczynę, której nie przeszkadza łóżkowe odliczanie. Dziewczyna ta, choć przez większość rozdziałów uważa jego wiarę w odlot Pałacu za kolejne nieszkodliwe dziwactwo, w ostatnich rozdziałach zaczyna mu nawet wierzyć. Zgadza się, żeby przed godziną zero spotkali się w Pałacu i wspólnie polecieli w kosmos. Dziewczyna wychodzi z domu dwie godziny przed rzekomym odlotem i jedzie tramwajem do centrum. Ale dotarłszy tam, postanawia nie iść od razu do Pałacu, tylko najpierw przymierzyć pantofelki na wysokim obcasie w Złotych Tarasach. Tam zagapia się tak jak jej chłopak 30 lat wcześniej w parku. Przymierzając kolejnego pantofelka dziewczyna czuje, jak ziemia zaczyna lekko drżeć, a jakby z oddali słyszy: szest, piat, czetyrje, tri, dwa, adin... KONIEC
czwartek, 19 marca 2009
1000 Afgańczyków za Polaka
Za każdego omyłkowo zabitego niewinnego cywila w Afganistanie armia USA wypłaca jego rodzinie 2000 dolarów (z artykułu w dzisiejszej GW). Zaraz po obaleniu Saddama Amerykanie stosowali w Iraku stawkę 2500 dolarów, ale ostatnio wzrosła i jeden omyłkowo zabity Irakijczyk wart jest dwóch, czasem trzech omyłkowo zabitych Afgańczyków. Taki np. Irańczyk jest już znacznie droższy. 3 lipca 1988 r. amerykański krążownik USS Vincennes omyłkowo zestrzelił w Zatoce Perskiej airbusa linii lotniczych Air Iran. Zginęły wszystkie 248 osoby na pokładzie. Iran pozwał USA przez trybunał ONZ w Hadze. Po ośmiu latach Amerykanie poszli na ugodę - wypłacili Iranowi odszkodowanie 131,8 mln dolarów, w tym 61,8 mln bezpośrednio dla rodzin ofiar. Za każdego pasażera mającego pracę wypłacono rodzinie 300 tys. dolarów, za niepracującego - 150 tys. Omyłkowo zabity Irańczyk wart jest zatem 150 omyłkowo zabitych Afgańczyków (nawet więcej, jeśli uwzględnić inflację). Jednak, w porównaniu z omyłkowo zabitym Europejczykiem, również Irańczyk okazuje się niedrogi. 3 lutego 1998 r. samolot amerykański samolot wojskowy zerwał linę górskiej kolejki we włoskich Dolomitach. W wagoniku, który spadł w przepaść, zginęło 20 osób: ośmioro Niemców, pięcioro Belgów, troje Włochów, dwoje Polaków, Holender i Austriak. Piloci zniszczyli nagranie wypadku, które zarejestrowała kamera samolotu, za co zostali wydaleni z piechoty morskiej. Parlament Włoch przyznał rodzinom ofiar po 1,9 mln dolarów (w sumie 38 mln), z czego Amerykanie zapłacili 75 proc. Życie jednego Polaka jest warte zatem 1000 żyć Afgańczyków albo 500 żyć Irakijczyków. Niektórzy powiedzą, że tak jest ze wszystkim: chleb, ubranie czy praca rolnika są wielokrotnie tańsze w Iraku czy Afganistanie niż w Polsce. Trochę tak, ale bez przesady. Dochód na jednego mieszkańca jest w Polsce cztery razy wyższy niż w Iraku i 22 razy wyższy niż w Afganistanie (dane CIA z uwzględnieniem siły nabywczej pieniądza). Ceny ziemi w Bagdadzie są chyba nawet wyższe niż w Warszawie. Co ciekawe, tubylcy z Afganistanu czy Strefy Gazy przyjęli zachodnie przeliczniki. Za wypuszczenie amerykańskiego czy izraelskiego zakładnika żądają zwykle uwolnienia tysiąca towarzyszy z więzień.
niedziela, 22 lutego 2009
Prof. Król za granicą wstydu
W stan głębokiego szoku poznawczego wprowadził mnie historyk idei profesor Marcin Król, który na internetowej stronie Dziennika surowo potępia umizgi byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza i jego młodziutkiej sympatii Isabel przed kamerami TVN-u. Prof. Król stwierdza m.in.: Wielokrotnie miałem w życiu okazję obserwować kolegów, którzy - jak pan Marcinkiewicz - w pewnym momencie wieku średniego doznawali oszołomienia. Nigdy w życiu nie miałem okazji obserwować historyków idei, którzy - jak prof. Król - w pewnym momencie wieku dojrzałego doznawali oszołomienia (i ze śmiertelną powagą komentowali bzdury).
Prof. Król brnie dalej: Zachowanie pani Izy, demonstrowanie nowej koszulki i kozaczków, prezentuje poziom nie do przyjęcia w sferach poważnych i tzw. eleganckim świecie, do którego Marcinkiewicz zdawał się aspirować. Zachowanie prof. Króla, komentowanie cudzej koszulki i kozaczków, prezentuje poziom nie do przyjęcia w sferach poważnych i tzw. eleganckim świecie, a szczególnie w świecie historyków idei, do którego prof. Król zdawał się aspirować. Niestety prof. Król brnie jeszcze dalej: Pani Iza wygląda mi na osóbkę wyjątkowo bystrą i cwaną, skoro całkowicie omotała dojrzałego mężczyznę. Redaktorzy Dziennika wyglądają mi na osoby wyjątkowo bystre i cwane, skoro całkowicie omotali dojrzałego historyka idei.
Prof. Król konkluduje (o Kaziu M.):
Jest mi go zwyczajnie żal, bo mam wrażenie, że dał się wykołować.
Jest mi prof. Króla zwyczajnie żal, bo mam wrażenie, że dał się wykołować.
piątek, 20 lutego 2009
Fenomenalne blondynki lat 60.
Człowiek z Truskawką konsekwentnie olewa Oscary, ponieważ amerykańskie filmy z reguły, od której wyjątki zdarzają się raz na kilka lat, są do dupy. Precyzyjne wyjaśnienie tego fenomenu wymagałoby sięgnięcia do ogólnej koncepcji sztuki w ujęciu Arystotelesa i Gorgiasza, dlatego, żeby nie zrażać Czytelnika nastawionego wrogo do filozofii, objaśnimy go na prostszym przykładzie fenomenalnych blondynek lat 60. Najpierw jednak musimy rozprawić się z pewnym uporczywym mitem, który od ponad półwiecza prześladuje ludzkość. Chodzi tutaj o Wracając zaś do fenomenalnych blondynek lat 60.: zasadniczą cechą, która je wyróżnia, jest zbawienny dystans do swoich doskonałych ciał. Gwiazdy hollywoodzkie (dawne i obecne) traktują swą urodę przesadnie serio, czego konsekwencje bywają opłakane. I tak np. harde i ociekające seksem spojrzenia, którymi Sharon Stone zasypuje Michaela Douglasa i jego kolegów policjantów w niesławnym filmie Nagi Instynkt, są co najwyżej zabawne lub żałosne. Pamiętam, że z kolegą Lechem prawie pokładaliśmy się ze śmiechu, wywołując zgorszenie na sali kinowej. Nie znaczy to bynajmniej, ze fenomenalne blondynki lat 60. nie kusiły. Również kusiły, ale robiły to autoironicznie. Kusiły bawiąc się konwencją podrywu, co potęgowało ich siłę rażenia. Korowód fenomenalnych blondynek lat 60. otwiera Anita Ekberg (Dolce Vita, 1960). Na zdjęciu powyżej widzimy ją w słynnej scenie w fonntannie di Trevi. Po całonocnym, wyczerpującym clubbingu usta Marcella i szwedzkiej gwiazdy zbliżą się do siebie, ale zaraz woda w fontannie przestanie płynąć, czar chwili uleci, pocałunku nie będzie. Pocałują się dopiero 27 lat później, w Wywiadzie (też Felliniego). Reżyser i jego ukochany aktor Marcello, dwaj starsi panowie, grają tam siebie samych. Zaciągają grupę japońskich studentów do willi Anity Ekberg, która od czasów Dolce vita zmieniła sie w emerytowaną diwę operową wagi ciężkiej. Marcello wyczarowuje ekran, na którym oglądają scenę z fontanny di Trevi. Oboje są wzruszeni, bo kiedyś udało im się stworzyć coś czarownego; bo patrzą na siebie samych, kiedy byli młodzi i piękni. Babcia Anita płacze, dziadek Marcello całuje ją delikatnie w policzek. Co do Marcella Mastroianniego, ulubionego aktora Człowieka z Truskawką, to ma on więcej uroku w małym palcu u lewej nogi niż Brad Pitt i Tom Cruise razem wzięci. To kolejny poważny argument za tym, żeby konsekwentnie olewać Oscary.
W Dolce vita wystąpiła też rozmarzona na zdjęciu powyżej Anouk Aimee, wprawdzie nie blondynka, ale - jak mawiało się na studiach - z łóżka byśmy jej nie wypędzili. Grała chłodną jak lód kochankę Marcella. Zamieściliśmy jej portret raczej z kronikarskiego obowiązku, bo Człowieka z Truskawką nigdy nie kręciła, podobnie jak zresztą niemal wszystkie Francuzki, które przytłaczają go swoją złożoną, wielowymiarową i dojrzałą kobiecością.
Na szczęście istnieją w naszej galaktyce kobiety mniej skomplikowane, jak choćby Barbarella (1968, w tej roli Jane Fonda). Na dalekiej planecie SoGo, gdzie miała odnaleźć szalonego naukowca DuranDurana, Barbarella wpada w przeróżne tarapaty, ale zawsze znajduje się wybawca, któremu potem w rewanżu serwuje - z pełną uroku rutyną - niebiańskie rozkosze. Jednym z ratowników jest charyzmatyczny przywódca rewolucyjnego podziemia Dildano (David Hemmings), który żąda dowodu wdzięczności w bardzo nietypowej formie: Uważniejsi czytelnicy mogą być nieco zdezorientowani, bo przecież Jane Fonda jest Amerykanką, i umieszczenie jej na liście fenomenalnych blondynek lat 60. przeczy postawionej na początku tezie, że amerykańskie kino jest do dupy. Jednak to tylko pozory - reżyserem filmu jest Francuz Roger Vadim i to on stworzył ekranowy wizerunek Barbarelli (a jak pokazuje przykład Kamila Durczoka ekranowy wizerunek może być daleki od oryginału). Barbarella jest zresztą chyba jedynym filmem, który się Vadimowi udał, ale i tak mamy dla niego dużo szacunku, choćby z tego względu, że - jak mawiało się na studiach - zaliczył dużą część fenomenalnych blondynek lat 60. Ostatecznie Barbarella wpada w łapy maniakalnego DuranDurana, który umieszcza ją w swojej zabójczej Excessive Machine, czyli - w wolnym tłumaczeniu - w Orgazmotronie. Szczegółów sceny finałowej nie zdradzamy, żeby nie spalić filmu. Na pożegnanie z Barbarellą przypomnijmy jeszcze tylko, jak zepsute do szpiku kości mieszkanki SoGo (Sodomy i Gomory?) zbiorowo odurzają się esencją z mężczyzny: Jeśli dotychczas wymienione blondynki określić należy jako seksbomby, to następna na liście jest seksbombą atomową. Świat zobaczył ją po raz pierwszy na opustoszałej plaży, gdzie zbierając muszelki przypadkiem spotkała Jamesa Bonda. - Are you looking for shells? - zapytała dziewczyna. - No, I am just looking - odparł Bond.
Nie zamieszczamy jej zdjęcia z debiutanckiego Dr No (1962, tam zbierała muszelki razem z Seanem Connery'm), ponieważ wtedy Ursula Undress była jeszcze dziewczęco niedojrzała. Apogeum osiągnęła dopiero koło trzydziestki, kiedy na jej twarzy pojawiły się fascynujące zmarszczki mimiczne. Gorąco polecamy za to Casino Royale (1968), parodię filmów o Bondzie, w której jest kilka świetnych scen szczytowej Ursuli z Peterem Sellersem: Czytelnikom nieznającym języków obcych zreferujmy w telegraficznym skrócie, że Vesper Lynd (w tej roli Ursula) uwodzi genialnego, ale - jak to z geniuszami bywa - ofermowatego naukowca Evelyna Tremble, który odkrył tajemnicę gry w bakarata, co opisał w bestselerowej książce Tremble on Baccarat. W pewnym momencie Tremble dostrzega, że w salonie tyleż nieprzyzwoitej, co nieprzyzwoicie bogatej Vesper znajduje się pomnik admirała Nelsona: TREMBLE (ZDEPRYMOWNY): That's Lord Nelson, isn't it? Świat podziwiał Ursulę jeszcze w latach 70., ale już raczej w produkcjach przeznaczonych wyłącznie dla najbardziej zatwardziałych fanów, jak np. Zmysłowa pielęgniarka (1976, tytuł jest dobrym streszczeniem fabuły). Jej łabędzim śpiewem była rola Afrodyty w Clash of The Titans (1981). Podczas kręcenia tego filmu 45-letnia Ursula uwiodła zapomnianego już dziś Harrego Hamlina, który wtedy uchodził za najseksowniejszego mężczyznę świata, i nawet miała z nim dziecko. Z kronikarskiego obowiązku wspomnijmy jeszcze trzy czołowe blondynki lat 60. Najpierw Monica Vitti - chyba z filmu Ragazza con la Pistola (1968): Julie Christie, która dostała Oscara za film Darling (1965), co jednak nie ratuje Oscarów: I na koniec talent odkryty w przepastnej sypialni Rogera Vadima, czyli Brigitte Bardot. Jako nastolatka w zmanierowanym filmie I Bóg stworzył kobietę (1956) była absolutnie nieznośna, z kolei na zdjęciu poniżej, z końca lat 60., przypomina Człowiekowi z Truskwką jakże trafny postulat grupy artystycznej Łódź Kaliska, której wystawę można chyba jeszcze oglądać w Centrum Sztuki Współczesnej: ŻĄDAMY DUŹYCH CYCÓW ZA MAŁE PIENIĄDZE!
czwartek, 12 lutego 2009
Ratunku, biją mnie hitlerowcy
Przypadek Jana Rokity, wyprowadzonego z samolotu Lufthansy w kajdankach, jest dla mnie przede wszystkim smutnym dowodem zaniku patriotyzmu. Pan Jan krzyczał rozpaczliwym falsetem, który poruszyłby każdego prawdziwego Polaka (Ratujcie! Biją mnie Niemcy! Proszę państwa, państwo jesteście Polakami!), a jednak nikt nie pospieszył mu z pomocą. Wzywam polskie media: opublikujcie listę pasażerów feralnego lotu LH3336! Ci ludzie nie mają już prawa nazywać się Polakami. Co do obrońców Jana Rokity, to najbliżej prawdy o incydencie w Monachium była Dorota Gawryluk z Polsatu, choć ostatecznie do niej nie dotarła, a może nawet dotarła, tylko zawahała się ją wyartykułować. Otóż pisze ona: Najdziwniejsze, że te wydarzenia miały miejsce w czołowym kraju UE, która szermuje hasłami wolnościowymi i liberalnymi, podkreśla konieczność otwartości na drugiego człowieka, szacunek da niego. Tymczasem okazuje się, że nie jest to tak do końca prawdziwe.(...) Pojawia się również pytanie, czy był tutaj podtekst antypolski? Czy dlatego, że jest Polakiem Jan Rokita został potraktowany gorzej? Dorota Gawryluk poszła tropem historyczno-narodowym, wskazanym zresztą przez samego pokrzywdzonego w kulminacyjnym momencie dramatu. Pozwolę sobie wyartykułować to, czego oni oboje - zapewne ze względu na polityczną poprawność, która Człowieka z Truskawką na szczęście nie krępuje - nie wyartykułowali: w tym czołowym kraju UE narodził się Józef Goebbels, a Adolf Hitler został wodzem. Jak coś się ma we krwi, to i w czwartym pokoleniu tego nie wyplenisz.
Publicystce Polsatu (na zdjęciu) przyznajemy dużą, dorodną Co do pozostałych obrońców Jana Rokity, to choć walczą w słusznej sprawie, publicystyczny temperament niektórych zwodzi niestety na manowce. Michał Karnowski z Dziennika pisze np.: Trzeba by dużej dawki dziwactwa, by uwierzyć, że Jan Rokita to człowiek zdolny do awanturowania się na pokładzie samolotu. Jako osoba, która wśród znajomych (a także byłych i obecnych pracodawców) cieszy się opinią dziwaka, muszę zaoponować: otóż zawsze odczuwałem z Janem Rokitą bliżej nieokreślone powinowactwo. Od samego początku wyglądał mi na bratnią duszę, furiata, potencjalnie nawet - nie bójmy się tego słowa! - świra.
wtorek, 10 lutego 2009
Mowa jest srebrem, a milczenie złotem
Ze wszystkich bzdur, które po tragedii w Pakistanie wygłosili nasi politycy i eksperci, bezkonkurencyjnie najbardziej bzdurna jest wypowiedź Jerzego Dziewulskiego, byłego dowódcy jednostki antyterrorystycznej na Okęciu, którego cała Polska poznała i pokochała po brawurowej roli w serialu "07 zgłoś się". Powiedział on mianowicie (cytuję za stroną internetową Dziennika): Jeżeli to polski wywiad zdobył nazwiska porywaczy, to wystarczyło kiwnąć palcem, by odbić z ich rąk polskiego inżyniera. Otóż, panie Jerzy, nazwiska to nie wszystko. Od wielu lat znamy nazwisko Osamy ben Ladena, ale złapać go się nie udało (i to lepszym od nas). Potrzebny jest jeszcze aktualny adres zameldowania.
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Żona idealna
UWAGA!!! Tylko dla osób powyżej lat 18!!! Jest miła, wyrozumiała i pozytywnie nastawiona do świata. Doskonały materiał na żonę lub dziewczynę:
środa, 21 stycznia 2009
Czym pali w kominku Dick Cheney
Wiceprezydent Cheney - o którym złośliwi jeszcze niedawno mówili, że gdyby Busha spotkało jakieś nieszczęście i Cheney zostałby prezydentem, to świat zatęskniłby za Bushem - otóż tenże wiceprezydent Cheney wystąpił na inauguracji Obamy na wózku inwalidzkim. Jak wyjaśniono dziennikarzom, poprzedniego dnia podczas przeprowadzki nosił ciężkie kartony i lekko nadwyrężył kręgosłup. Ciężkie kartony (np. pełne papierów) nie pierwszy raz i nie tylko w Ameryce wywołują problemy. Bywają balastem szczególnie wtedy, kiedy zmienia się władza. Wszyscy pamiętamy scenę z kultowego filmu Psy: . . Na szczęście w USA takie rzeczy się nie zdarzają, choć pewien minimalny margines niepewności zostaje, i wielu ciekawskich chciałoby wiedzieć, czym Dick Cheney w tych dniach pali w kominku.
Tym bardziej, że zawsze zazdrośnie chował dokumenty przed obcymi. Niektórych akt ze swojego biura nie pokazał nikomu do dziś, choć domagał się tego waszyngtoński urząd ds. archiwizacji i kongresmeni (patrz Time albo Washington Post).
Tylko jeden jedyny raz wyciekła z biura Cheney'a tajemnica państwowa. W 2005 r. szef biura - Lewis Scooter Libby - ujawnił mediom tożsamość agentki CIA Valerie Plame, której mąż krytykował administrację Busha za wymyślanie dowodów na rzekome zakupy uranu przez Saddama Husajna.
W śledztwie Libby zeznał, że popełnił to przestępstwo na polecenie wiceprezydenta. Oszczerstwa nie były jednak w stanie podważyć nieposzlakowanej opinii Cheney'a.
Ten zasłużony polityk i pionier neokonserwatyzmu może się pochwalić np. tym, że w latach 80. w Kongresie głosował przeciw sankcjom dla rasistowskiej RPA.oraz przeciw rezolucji wzywającej RPA do wypuszczenia z więzienia Nelsona Mandeli.
W latach 90. przeszedł do biznesu i pracował jako dyrektor koncernu Halliburton. Kiedy Amerykanie zajęli Irak, czego Cheney - już jako wiceprezydent - był motorem i entuzjastą, Halliburton dostał wielomiliardowe kontrakty od armii USA i odbudowywał Irak.
Choć jako dojrzały polityk Cheney stał się wielkim zwolennikiem wojen, w młodości udało mu się wymigać od służby w Wietnamie, gdzie zginęło 60 tys. jego rówieśników. Pytany o tę sprawę przez dziennikarzy odparł z godną podziwu szczerością: - W latach 60. miałem inne priorytety niż służba wojskowa.
Mylą się oszczercy, którzy twierdzą, że młody Cheney bał się wojny. Jest przecież zapalonym myśliwym, więc zapach prochu mu nie straszny. Dwa lata temu podczas polowania na przepiórki omyłkowo postrzelił 78-letniego prawnika, który następnie przepraszał Cheney’a za to, że dał mu się postrzelić, czym naraził wiceprezydenta na duże przykrości (patrz tutaj).
68-letni Cheney zapowiada, że nie będzie już zajmował się polityką. To wielka szkoda, bo trudno o równie mądrego, uczciwego i sympatycznego męża stanu.
Będzie nam go bardzo brakować.
środa, 14 stycznia 2009
Odlot na dużym gazie
Wojna w Strefie Gazy toczy się o wielkie złoża gazu ziemnego, odkryte kilka lat temu u wybrzeży enklawy. Izrael uzmysłowił sobie jak ważne jest bezpieczeństwo gazowe, kiedy narastał kryzys wokół rosyjskiego Gazpormu, który w grudniu - w przededniu wojny w Gazie - groził Ukrainie odcięciem gazu. Posłano więc czołgi, żeby zabrać złoża palestyńskiemu Hamasowi. O tym wszystkim przeczytać w ogólnopolskiej gazecie „Polska" ("żyj lokalnie, myśl globalnie") z 9 stycznia. Artykuł zajmuje całą stronę i zawiera jeszcze inne ciekawe i unikalne refleksje.
Autorowi artykułu i całej redakcji przesyłamy serdeczne pozdrowienia z Planety Ziemia!
wtorek, 13 stycznia 2009
Niemieckie porno
Każda generacja ma swoje przeżycie pokoleniowe, więc mamy je i my, dzieci wyżu demograficznego Edwarda Gierka. Nam serca biją żywiej na wspomnienie „Solidarności”, Bruce’a Lee i niemieckiego porno. W moim miasteczku fenomen niemieckiego porno odkrywaliśmy dzięki księdzu B., który w katechetycznych salkach zainstalował odtwarzacz wideo (podówczas rzecz rzadką i pożądaną przez każdą polską rodzinę). Ksiądz B. miał słabość do filmów kung-fu, wina mszalnego i muzyki barokowej. Wytrawny ten katecheta w lot zrozumiał, że spotkania z nami są dojmującą stratą czasu. Co tydzień przynosił na religię kolejną kasetę kung-fu ze swojej kolekcji, włączał magnetowid i wychodził. Zaszywał się na plebanii, gdzie sącząc wino kontemplował kantaty Jana Sebastiana Bacha i przygotowywał rozprawę doktorską na temat zawiłych relacji pomiędzy poszczególnymi osobami Trójcy Świętej. Jak łatwo zgadnąć, kolekcja księdza B. po pewnym czasie zaczęła nas nużyć. Dla kilkunastoletnich chłopaków kung-fu było ważne, ale były przecież sprawy ważniejsze. Dlatego zaczęliśmy księdza B. - wstyd się przyznać - robić w bambuko. Kiedy tylko wychodził, zmienialiśmy jego kasetę na własną, przywiezioną z wypożyczalni z Warszawy. I tak oto ksiądz B. kontemplował Bacha, a myśmy w tym czasie kontemplowali kobietę. Domyślacie się zapewne: była to kobieta niemiecka. Dobiegająca trzydziestki, ciągle w pełni sił witalnych, ale już do szpiku kości zepsuta. Kobieta idealna, jakże odmienna od naszych koleżanek i nauczycielek: Kobieta ta samotnie i bezczynnie snuła się po domu w kusym szlafroczku (mąż w pocie czoła zarabiał deutschemarki), i wreszcie z nudów dzwoniła po hydraulika. Wąsaty fachowiec, który - jak wskazywała jego postura - najlepsze lata swojego życia strawił na żmudnych ćwiczeniach na siłowni, natychmiast kierował się do luksusowej łazienki i zabierał się do rozkręcania kranów. Ona podążała za nim i zrazu przyglądała się frywolnie, po czym rzucała: - Ach, jak tu gorąco…, na potwierdzenie tych słów zrzucając szlafroczek. W niektórych filmach bywało odwrotnie: to on narzekał, że jest gorąco, a ona przyznawała mu rację. Tak czy inaczej szlafroczek spadał, a potem było już raczej jednotorowo, ale nam schematyzm fabuły nie przeszkadzał, my z wypiekami na twarzy chłonęliśmy niewiarygodną sprawność i witalność dwójki bohaterów, wytrwale i zgodnie pracujących na w pełni zasłużony Superorgasmus. Od tamtych katechez minęło prawie 20 lat, a na świecie nastąpił zupełny upadek obyczajów. Pornografia, która dla nas była sentymentalnym przeżyciem zbiorowym, stała się ponurą tajemnicą skrywaną na miliardach twardych dysków. W oficjalnym, telewizyjnym obiegu królują silikonowe piękności Playboya, które nas, wychowanych na klasycznych niemieckich produkcjach, przyprawiają najwyżej o mdłości. My ciągle mamy w głowach tamte niezapomniane dialogi. Teresa, du bist die fantastische Sexmaschine!!! – krzyczał hydraulik. A krzyczał z chropawą, nordycką surowością, wprawiając ją w stany głęboko ekstatyczne.
sobota, 10 stycznia 2009
Pocztówka z Pekinu, cz. 1
Podczas olimpiady bywało ciężko. Jedynym, co wynagradzało piętrzące się przeciwności losu, były strojne i dorodne dziewczyny, które paradują po ulicach Pekinu z parasolami, żeby chronić się przed słońcem. Chinki generalnie chcą być jak najbardziej białe, używają specjalnych kremów i makijaży, żeby ukryć żółtą skórę, a jeszcze bardziej wstydliwa i skrywana jest opalenizna. Nazwałem je parasolniczkami. Ale ich parasole zawsze wydwały mi się trochę podejrzane, bo podczas olimpiady słońca w Pekinie prawie w ogóle nie było, cały czas skrywało się za gęstą, zawiesistą mieszanką chmur i smogu. Kiedyś zagadnąłem jedną z parasolniczek i poszliśmy razem na obiad. Twierdziła, że zna jeden fajny lokal. Kiedy razem spacerowaliśmy, zacząłem się niepokoić, czy moi zwierzchnicy rozliczą mi nadciągający posiłek w ramach kosztów delegacji, czy też będę musiał go pokryć z własnej kieszeni. Wprawdzie kryzys światowy wtedy jeszcze nie wybuchł, nikt go nie przeczuwał, a amerykańskie banki udzielały kredytów nawet bezrobotnym, ale niektóre z pekińskich restautacji onieśmielały swoim przepychem. Najgorsze przeczucia niestety potwierdzały się. Restauracja, którą wybrała parasolniczka, wyglądała na nieprzyzwoicie drogą. Szliśmy do stołu, parasolniczka uśmiechała się, a ja z każdym krokiem pociłem się coraz bardziej i bardziej... Pocztówka z Pekinu, cz. 2
Jak zapewne przeczuwacie, w poprzednim wpisie pozwoliłem sobie z Was, Drodzy Czytelnicy bloga, zażartować. Otóż spotkanie z parasolniczką nie był snem, wcale też nie zastanawiałem się, czy pracodawcy zwrócą mi koszta spożywanego z nią ekskluzywnego posiłku, przeciwnie, byłem zdecydowany zapłacić zań z własnej kieszeni, żeby tylko przekonać się kim są tajemnicze parasolniczki i jakie motywy nimi kierują.
Parasolniczka to specjalny gatunek dziewczyny, która nie zmierza w żadnym określonym kierunku, a jedynie beztrosko, dumnie i z naturalną gracją spaceruje. Najczęściej ubrana jest w elegancką sukienkę do kolan, choć od reguły tej zdarzają się odstępstwa (co widzicie na zdjęciu). Parasolniczka - co widać na pierwszy rzut oka - cieszy się swoją cielesnością oraz faktem, że może dzielić się nią (oczywiście w ograniczonym zakresie) z mijanymi przechodniami.
Wracając do zasadniczego pytania - kim są parasolniczki - otóż nie są one, wbrew temu co zapewne przypuszczają ci z Was, którzy ulegają pokusie łatwego wydawania sądów - otóż nie są one wcale kobietami sprzedajnymi. Nie są one nawet (jak być może zgadują inni) kobietami pochopnymi, poszukującymi na ulicach starego Pekinu ulotnych przygód. Parasolniczki to na wskroś przyzwoite i twardo stąpające po ziemi dziewczyny, które szukają mężów. Parasolniczka, z którą spożyłem niezwykle ekskluzywny obiad, pochodzi z małej wioski w środkowych Chinach. Przedstawiła mi się jako Nancy. Wszystkie chińskie dziewczęta, które mówią po angielsku, przybierają angielskie imiona, ponieważ pogodziły się z faktem, że ich prawdziwych imion cudzoziemcy nie zapamiętają ani nawet poprawnie nie wymówią. Nancy właśnie skończyła anglistykę. To jej ostatnie wakacje, po których będzie musiała poszukać pracy. Marzy o posadzie w zachodniej korporacji, jak większość jej koleżanek i kolegów z roku. Dlatego odmówiła, kiedy profesor zachęcał studentów do wstąpienia do partii komunistycznej i nawet rozdał im deklaracje członkowskie. Podobno zachodnie korporacje niechętnie przyjmują partyjnych. W jej grupie zapisały się tylko dwie osoby, które chcą robić karierę w administracji państwowej. Ostatnio rodzice ponaglają Nancy, żeby wyszła za mąż. Dziewczyna chce być posłuszna, bo opłacenie studiów w stolicy było dla rodziny wielkim ciężarem finansowym. Jeszcze większym, niż narodziny jej młodszego brata, za które ojciec i matka musieli zapłacić karę (zgodnie z chińską polityką jednego dziecka). Rodzice znaleźli jej kawalera w rodzinnej wsi, co - po czterech latach życia w metropolii - parasolniczkę Nancy przeraża. Nie chce wracać na wieś, nie po to studiowała. Dlatego w te wakacje codziennie wkłada zwiewną sukienkę, bierze parasol i rusza na polowanie.
czwartek, 19 kwietnia 2007
Jak się kochać
Wprawdzie mamy za sobą dopiero dwa odcinki, ale możemy już stwierdzić, że na tle większości poradników seksualnych, zwykle przeraźliwie nudnych i bezpłciowych, poradnik „Jak się kochać”, dodawany co środę do Gazety Wyborczej, wyróżnia się bezkompromisową zuchwałością z jaką przełamuje stereotypy i obyczajowe tabu. Choćby tutaj, w postkoitalnym wyznaniu Idealnej Kochanki: Pożądanie odpływa, leżymy w objęciach pogrążeni w sobie. Czuję radość i wdzięczność, czuję, że naprawdę należę do niego. Należę do niego? Hmmm... Nowoczesna (a wiec niezależna) kobieta czytając, że w łóżku powinna czuć się jego własnością, musi doznawać ciężkiego szoku poznawczego. Równie zaskakujące jak marzenia Idealnej Kochanki jest to, o czym Ona nie marzy: O potężnej erekcji i członku twardym jak skała nie marzę w żadnym stopniu Właśnie za taką brawurę cenimy autorów „Jak się kochać” najbardziej. W innych poradnikach czytamy do znudzenia, że wielkość nie jest najważniejsza. Tutaj dowiadujemy się, że już nie tylko wielkość, ale i twardość nie mają dla Idealnej Kochanki żadnego znaczenia. Co zatem jest ważne? Oto fragment listu Wzorowego Kochanka do Idealnej Kochanki: Ważniejsze jest twoje nastawienie do mojego atrybutu męskości: czy jest uważne, pełne życzliwości, a przede wszystkim szacunku. Czuję się nieszanowany, kiedy mój członek jest traktowany agresywnie. (...) Natomiast szacunek budzi we mnie to, że kobieta chce dotknąć mojego penisa, popieścić ustami. Tak, tak, panowie, aplikujcie swoim dziewczynom/żonom dodatek „Jak się kochać”! A wkrótce znajdziecie się w raju, w którym kobiety marzą, żeby być waszą własnością, a loda zrobią wam z życzliwością i należnym waszemu penisowi szacunkiem.
środa, 13 grudnia 2006
Mądry Zachód, głupie Arabusy
Zachodni komentatorzy często powiadają, że Iranowi niepotrzebna energetyka jądrowa, albo w ogóle badania nad fizyką jądrową, bo przecież ma ropę. To samo odnosi się do innych krajów naftowych. Jeśli masz ropę, pouczają zachodni komentatorzy, to nie powinieneś interesować się niektórymi gałęziami nauki. Jeśli się nimi interesujesz - jest to śmieszne, nieuzasadnione a najczęściej po prostu podejrzane. Fizyką jądrową niechaj zajmują się w USA, Europie czy Rosji, bo rozwój nauki i postęp to domena Zachodu i tak już zostanie po wsze czasy. Ty i tak prochu nie wymyślisz, skup się lepiej na wydobywaniu ropy. A jak ropa się skończy, i będziesz technologicznie sto lat do tyłu za resztą świata, to Zachód ci oczywiście pomoże. Bo Zachód jest najmądrzejszy, a przy tym uczciwy i dobry. Czasami podejrzewam, że gdybym był Persem czy Arabem, to słuchając zachodnich komentatorów szybko zapragnąłbym bomby atomowej. A potem - tylko i wyłącznie na złość zachodnim komentatorom - zrobiłbym tak:
poniedziałek, 11 grudnia 2006
Pożegnanie kochanków
Rozpusta w zatoce Rio de Janeiro była, formalnie rzecz biorąc, całkowicie nielegalna. Kilka miesięcy przed wypłynięciem Armady de Molucca król Hiszpanii Karol I pisał do jej kapitana generalnego: „Nigdy nie dopuść, żeby twoi ludzie dotykali lokalnych kobiet, a przyczyna tego zakazu jest taka, że może to prowadzić do szkody, awantur lub rebelii” (cóż za przenikliwa diagnoza!). Była to jedna z nielicznych królewskich instrukcji, których służbista de Magalhães nie posłuchał, zapewne nie chcąc narażać się na bunt załogi. Sam jednak w plażowych orgiach, którym oddawali się marynarze i indiańskie dziewczyny, oczywiście nie uczestniczył. Zostawił w Sewilli brzemienną żonę, był zresztą żarliwym katolikiem. Sam w tym czasie wytrwale handlował z indiańskimi mężczyznami, żeby uzupełnić zapasy w ładowniach Armady de Molucca. „Ludzie tu żyjący dawali nam za małe lusterko albo nożyczki tyle świeżych ryb, ile zjeść może dziesięciu mężczyzn. Za dzwoneczek lub skórzany rzemyk dostawaliśmy kosz pełen owoców. A za króla z talii kart do gry, takich jak używane są w Italii, dali mi pięć dorodnych ptaków i jeszcze martwili się, że mnie oszukali” – dziwił się kronikarz Pigafetta. Dwa tygodnie upłynęły w pełnej harmonii między tubylcami a przybyszami, zgodnie zresztą z wyraźnym nakazem królewskim. „Ludów zamieszkujących zamorskie lądy nie oszukuj w żaden sposób, nie łam zawartych z nimi układów ani nie wyrządzaj szkody, a ukarz surowo tych, co jaką szkodę im wyrządzą” – instruował monarcha. Zakazał nawet używania broni palnej, żeby niepotrzebnie nie straszyć i nie zrażać Indian. Ale 27 grudnia idylla dobiegła końca. Armada de Molucca rozwinęła żagle, żeby popłynąć dalej na południe, w poszukiwaniu wodnego przejścia na Morze Południowe. Wcześniej jednak kapitan generalny nakazał drobiazgowe przeszukanie statków, obawiał się bowiem, że niektórzy marynarze zechcą przemycić na pokład swoje nałożnice. Nie mylił się – kilka kobiet zostało odnalezionych i odesłanych na brzeg. A kiedy Armada wypływała z zatoki, długo jeszcze podążało za nią kilkanaście indiańskich czółen wypełnionych dziewczynami, które głośno szlochając żegnały swych zamorskich kochanków.
[my tymczasem otwieramy tanie wino bo nasz tani blog zdobył właśnie pierwsze miejsce na liście TOP100]
niedziela, 10 grudnia 2006
Raport 10-ciu głupców
Znany dziennikarz TVN Jacek Pałasiński zmiażdżył na swoim blogu raport amerykańskiej Iraq Study Group, przygotowany pod kierunkiem Jamesa Bakera III. Dziesięciu jego autorów nazywano grupą mędrców, ale po lekturze Pałasińskiego jasne staje się, że była to grupa niebezpiecznych głupców. Zanim trafiłem na raport Pałasińskiego, raport Bakera wydawał mi się rozsądny, choć dosyć oczywisty. Zwiększenie udziału Amerykanów w szkoleniu i operacjach irackiego wojska i policji; zmniejszanie bojowej roli wojsk USA; rozmowy z rebeliantami, Syrią i Iranem, itd. – wszystko to byłoby piękne, myślałem, gdyby tylko dało się przeprowadzić.
Ale Pałasiński otworzył mi oczy. Otóż pomysły dziesięciu amerykańskich głupców przyniosą straszliwe konsekwencje, choćby wojnę Izraela z Iranem czy „koniec obecności chrześcijan w Libanie”. Jak i dlaczego znikną prawie dwa miliony libańskich chrześcijan? Tej frapującej myśli Pałasiński niestety nie rozwija, popełniając błąd typowy dla znawcy, któremu sprawa wydaje się oczywista i niewarta wyjaśnień, choć dla laików jest bardzo zagadkowa. Niepokornych i zaskakujących myśli, których trochę brakuje w raporcie Bakera, jest w raporcie Pałasińskiego wiele. Tylko u niego przeczytacie, że Irak stworzyli „niemądrzy Francuzi” (osobiście obstawiałem Anglików) albo, że Amerykanie przegrali ostatnio wszystkie wojny, z wyjątkiem śmiesznej inwazji na Granadę, a „zimną wojnę też by przegrali, gdyby nie Polska, Solidarność i papież.” Jeśli wierzyć blogowym statystykom, raport Pałasińskiego przeczytało już ponad 50 tys. internautów, co odnotowuję z nieskrywaną zazdrością. Desperacki ‘Ostry seks’ nie przyniósł mi nawet połowy jego popularności. W czym zatem tkwi tajemnica sukcesu Pałasińskiego? Odpowiedź jest prosta: w świecie dziennikarskiego blogu nie ma drogi na skróty, nic nie zastąpi rzetelnej wiedzy, lekkiego pióra i przytomności umysłu, które wprost emanują z wpisu pana Jacka. Nam wszystkim pozostaje go pilnie czytać i wierzyć, że jakimś cudownym trafem raport Pałasińskiego trafi na biurko prezydenta Busha, i kiedyś historycy napiszą, że wojnę w Iraku Amerykanie też by przegrali, gdyby nie Pałasiński.
piątek, 08 grudnia 2006
robiliście to 15 tys. razy?!
Drogie Czytelniczki i Czytelnicy, wprawdzie ostrzegano mnie, że jesteście seksoholi(cz)kami, ale skala zjawiska jest porażająca. Otóż w czwartek, kiedy na blogu pojawił się temat ‘Ostry seks’, odwiedziliście mnie 15,418 razy. Dzień wcześniej miałem zaszczyt gościć 134 osoby. Nie wiem, czy nie powinniście zasięgnąć porady specjalisty. Seks jest oczywiście ważny, ale przecież są i inne dziedziny życia: można pojeździć na rowerze, poczytać książkę, odrobić lekcje albo porozmawiać z najlepszą przyjaciółką. A jeśli już musi być seks, dlaczego od razu ‘ostry seks’?! Kto zaszczepił Wam te zdziczałe wzorce zachowań intymnych? Bo chyba nie ojciec ani matka, ani wychowawca, ani Gazeta Wyborcza, co? Czekam na wyjaśnienia.
czwartek, 07 grudnia 2006
Ostry seks
Rajskie tropikalne plaże, a na nich roztańczone i zawsze chętne czekoladki, tylko symbolicznie osłonięte spódniczkami z trzciny i zupełnie nieskażone przesądami o kobiecej cnocie, dlatego wręcz niecierpliwie wypatrujące jurnych marynarzy z dalekiej Europy – taki obraz życia dawnych żeglarzy zachował się w legendzie, którą czasami powielają naiwni filmowi reżyserzy lub cyniczni spece od reklamy. Legenda, choć nie do końca zgodna z XVI-wieczną rzeczywistością, to, powiedzmy od razu, zawiera sporo prawdy. Przemilcza jednak ponury fakt, że znaczną część podróży, całe tygodnie albo i miesiące, żeglarze spędzali na morzu. Tam zaś kobiet nie było wcale. Na pięciu statkach Armady de Molucca płynęło 237 mężczyzn i zero kobiet, i ta rażąca dysproporcja szybko zaczęła załodze doskwierać.
Mniej więcej dwa miesiące po opuszczeniu Sewilli, kiedy armada znajdowała się gdzieś na środku Atlantyku, kwatermistrz z „Victorii” Antonio Salomon, z pochodzenia Sycylijczyk, przyłapany został na gorącym uczynku w swojej kajucie, gdy dopuszczał się aktu sodomii na chłopcu okrętowym nazwiskiem Antonio Ginoves. Wśród marynarzy praktyki takie były podówczas dość rozpowszechnione. Formalnie hiszpańskie prawo karało homoseksualizm śmiercią, ale kapitanowie zwykle przymykali nań oko. Niestety Fernão de Magalhães nie był zwykłym kapitanem, cokolwiek w życiu robił, traktował niezmiernie poważnie. Zwołał publiczny sąd i osobiście skazał nieszczęsnego kwatermistrza śmierć przez powieszenie. Wykonanie wyroku odłożono do czasu przybicia na stały ląd. Sodomizowany chłopiec okrętowy został uwolniony, ale dokonał żywota jeszcze wcześniej. Kilka dni potem wypadł za burtę i zginął w odmętach oceanu. Według jednych relacji wypchnęli go kompani, według innych wyskoczył sam, ponieważ nie mógł znieść ich szyderstw. Tak czy inaczej, stał się pierwszą ofiarą wyprawy na Wyspy Korzenne. Tymczasem Armada de Molucca płynęła dalej, i 13 grudnia roku 1519 dotarła wreszcie do Nowego Świata, znajdując przystań w bajecznie pięknej – jak utrzymuje włoski kronikarz wyprawy Antonio Pigafetta – zatoce, nie wiedzieć czemu nazwanej przez Portugalczyków Styczniową Rzeką, co w ich języku brzmi: Rio de Janeiro.
Tam marynarze spędzili dwa najpiękniejsze tygodnie w całej podróży, a być może i w całym swoim życiu (które dla większości z nich miało się wkrótce zakończyć). A wszystko za sprawą zdumiewającej pazerności Indian Guarani na metalowe narzędzia. „Za jeden toporek albo jeden duży nóż tubylcy oddawali nam na nałożnice po jednej, a czasami nawet po dwie kobiety” – wspomina Pigafetta. Ponieważ zapobiegliwy Magalhães załadował w Sewilli całe stosy tanich niemieckich narzędzi, orgie na plażach trwały do białego rana, a wino, którego również pełno było w ładowniach, lało się strumieniami. Niejaki Duarte Barbosa, jeden z oficerów i najbliższych przyjaciół kapitana generalnego, kompletnie stracił rozum, co podobno czasem zdarza się mężczyznom w delegacji. Zamieszkał na brzegu w towarzystwie kilku dziewcząt i oznajmił kolegom, że nie zamierza ani płynąć dalej, ani wracać do Sewilli. Magalhães posłał grupę dyscyplinarną, która siłą ściągnęła Barbosę na pokład. Do końca postoju w Rio de Janeiro musiał siedzieć skuty łańcuchem w kajucie. Rozum tracili nie tylko przybysze, ale także miejscowe dziewczęta. Oddajmy znów głos niezrównanemu Pigafetcie, choć tym razem czynimy to z niejakim zażenowaniem, bo opisana przezeń scena jest baaardzo ostra: „Pewnego dnia na nasz okręt flagowy przypłynęła dziewczyna niezwykłej piękności, z żadnej wyraźnej przyczyny jak chyba szukając szczęścia jeno. Przechadzała się nago po pokładzie, aż obok kajuty kwatermistrza uwagę jej przykuł gwóźdź, nieco większy od ludzkiego palca. Pochwyciła gwóźdź wyraźnie zafascynowana i nagłym, sprawnym ruchem wsunęła go do swojej pochwy, po czym natychmiast opuściła statek, co ja i kapitan generalny obserwowaliśmy w absolutnym zdumieniu”.
(na zdjęciach: wyspa Tahiti) |
* autor, niegdyś ceniony blogger i korespondent GW z Bliskiego Wschodu, powraca w nowym, ekscytującym wcieleniu - jako Człowiek z Truskawką |